Ritual Manuscripts

English / Polish version

Ritual Manuscripts
    UP RECORDS
    Compilation
    Ritual Manuscripts
    2007

      1. Rising Sun
      DAHEEN
      2. Forest Journey
      TRAVELLER
      3. Orbit
      DAHEEN
      4. Edduby
      DAHEEN
      5. Tantric (Tantric Forplay)
      DAHEEN
      6. Solitude
      RAZ
      7. Mylanta
      DAHEEN
      8. Whalen
      DAHEEN
      9. The End
      DAHEEN

______________________________

To nieprawda, że jesień jest porą melancholii. Nieprawda. Najgorzej jest zimą. Pod koniec starego roku, który wita się z Nowym, by w końcu czmychnąć w niepamięć tuż po tym, jak wali ci najcięższego kalibru wyrzutem sumienia, że nic ci się w nim nie udało. Wtedy najlepiej jest coś postanowić i bardzo dążyć do tego, aby postanowienie zrealizować. Należy zrobić rachunek sumienia i przyrzec poprawę. A kiedy ma się gdzieś postanowienia, obietnice i najszczerszą chęć poprawy, można nad grzanym winem pachnącym pomarańczą chemiczną (bo świąteczną) udać się w rozkoszną krainę chill’u. Np. z kompilacją RITUAL MANUSCRIPTS, którą odkryłam w Noworoczny poranek tak, jak rok temu EASE DIVISION 3.

Album, którego bliższe poznanie polecam, otwiera Australijczyk Daheen – producent siedmiu z dziewięciu ścieżek na krążku. Wita nas flecikiem figlarnym i ptaszkiem kwilącym, rozkręca się gitarą pożenioną z didgeridoo, na tle beat’u sennego od słońca grzejącego po czapie bez wyczucia. I dobrze wiesz, że ta chwila nie może trwać wiecznie i ściągasz jeszcze łapczywiej złowrogie promienie słońca na zaczerwieniony nos. Tylko dlatego, by skóra upodobniona do kartoflanego ubranka przy każdym spojrzeniu w lustro przywodziła na myśl tę błogość.
Traveller zabiera nas w LEŚNĄ PODRÓŻ, zupełnie przełamując sielski klimat zbudowany przez Daheena w RISING SUN. Dźwięki płynące teraz z głośnika mogą wydawać się wręcz złowrogie w kontekście poprzedniej ścieżki. Jednostajny i bardziej tribal’owy beat, grzechotki, nawoływania naćpanego szamana w zestawieniu ze szmerami z siedmiu stron świata – i sam robi się tajemniczy kawałek grozy.

Zakładając, że pierwsza ścieżka byłaby leniwym wylegiwaniem się na słońcu, druga rozpaczliwą prośbą o deszcz, tę trzeba by uznać za… Zresztą nieważne. Bo, po co komu te porównania, skoro każda sekunda przynosi na myśl 100 wizji? Za to Daheen w tym kawałku niesie jedynie błogość. Rzewnie i hojnie dźwięki rodząca gitara, bębny, a w końcowej partii fantastycznie rozwibrowane szmery faktycznie przenoszą na ORBITĘ.
EDDUBY otwiera dźwięk instrumentu przynoszący na myśl szkockie łąki z owcami, które przed snem spokojnie możesz odliczać, bo są hodowane na najzdrowszej, szkockiej trawie. Trzeba przyznać – ma fantazję chłopak i zestawia skrajnie różne instrumenty z dużym powodzeniem. Przyznam się, w ramach noworocznej szczerości, że jestem totalną ignorantką instrumentalną, dlatego nazywać tych, na które Daheen się porywa, nie będę. Zasugeruję jedynie, iż wpływy wschodnie z zachodnimi nam tu łączy i splata, bez najmniejszych problemów.
TANTRIC, jak dla mnie(w kontekście pozostałych ścieżek prezentowanych na krążku przez Daheena) brzmi progresywnie, odcina się od etniczno-folkowych inspiracji. Za to inspiracje czerpie z tego, co najlepsze – z samej naszej matki natury. Tu mucha upierdliwa przeleci, tam żaba zarechocze, czy wyuzdana pannica jęknie przed karateką stąpającym po ziemi bosą stopą. Kawałek bogaty w dziwactwa, w które miło się wsłuchać i wkręcić, wyłapując coraz to nowsze smaczki.
Raz i SOLITUDE tu już zupełnie inna para kaloszy. A przy pierwszych dźwiękach myślisz sobie – będą potrzebne, bo wietrznie i mokro odrobinę. Parasol zardzewiały wyda złowrogi dźwięk, by w końcu łaskawie, spod swojego kapelusza pozwolić Ci popatrzeć na kwaśne krople tonące w asfalcie. Kwaśne dźwięki – lubię. Jednak tutaj na kolana mnie nie rzucają.
Na szczęście jest Daheen, który ratuje nadszarpnięty klimat kawałkiem MYLANTA. Myślę sobie, że dziewięć z dziewięciu ścieżek na albumie mogłoby być jego autorstwa i pewnie byłoby lepiej. Tutaj proponuje mocno wykręcone dźwięki ocierające się o dźwięki rozkoszy nie z tego świata, którym momentami daje naprawdę duużo przestrzeni. Bardzo podobnymi motywami i klimatem operuje w WHALEN, który dostaje jednak kilka kropel melancholii więcej, a nasza jęcząca dama nabrała więcej odwagi.
„This is the end, beautiful friend, THE END”, czyli remiks zamykający album, dzięki któremu zwróciłam na niego uwagę. Bo muszę się Wam przyznać – ten album zalegał u mnie już jakiś czas. I może nawet niektóre ścieżki rąbkiem ucha usłyszałam. Może na noworocznym chill’u nie przesłuchałam go trzy, a trzydzieści razy. Ale dopiero kiedy usłyszałam ten remiks, otworzyłam oczy szeroko i nachyliłam ucieszone ucho ku głośnikom. Remiks trochę dub’ujący, może trochę pastiszowy, może płynący chaosem, ale (trochę przez samo podjęcie tematu) cudowny.

No i wszystko jasne… Cały album trzeba poznać, żeby się dobrze przygotować na jego koniec. Dla mnie to całkiem logiczne…
______________________________

6.5 / 10
Beata Brzoza