James Murray – Where Edges Meet

James Murray - Where Edges Meet
    ULTIMAE RECORDS
    James Murray
    Where Edges Meet
    2008

      1. Awayward
      2. Colour has his own language
      3. Outside context solution
      4. Gaijin
      5. Fear of falling
      6. Where edges meet
      7. Empty Spaces
      8. Eleven
      9. Invisible People

______________________________

James Murray rozkochał mnie w swojej muzyce kawałkiem LAST MAN IN THE WORLD otwierającym kompilację EASE DIVISION 3. Ten pan chyba tęskni za słońcem w tej swojej skropionej deszczem Anglii, bo kompozycje, które dla nas majstruje, rozmiękczają do szpiku kości druzgocącą melancholią.

AWAYWARD rozpoczyna naszą podróż w miejsce, gdzie stykają się krańce. Obraz z zatrzymanym w locie świetlikiem, patchwork zszytych ze sobą dziwnych emocji i jeszcze dziwniejszych nastrojów. Sprawia wrażenie, że to krople deszczu uwięzione na ułamek sekundy w pajęczej sieci wydają te dźwięki, krystalicznie czyste i tnące przestrzeń swoją nieskazitelną strukturą. Poza odgłosami deszczu i świdrującymi powietrze świetlikami rozrzewniają nas dźwięki fortepianu. Jeden z faworytów rankingu na najbardziej melancholijną ścieżkę świata.

COLOUR HAS ITS OWN LANGUAGE. Pierwsza część to otwarta przestrzeń, płótno dla światła malującego rozmyte obrazy. Skrzypce rozdzierają swe paszcze, by i w nie zajrzało słońce; gitary rozrywają brzuchy, ukazując puste wnętrza. Dla mnie najbarwniej robi się około piątej minuty, gdy poza instrumentami strunowymi pojawiają się klawisze i tworzy się multiinstrumentalny napar rozmiękczający.

OUTSIDE CONTEXT SOLUTION jest budowane na tle oparów mgły. Wydzierają się z niej jęczące dźwięki, świdrujące unoszącą się nad ulicą eteryczną masę. Rozbijają ją na setki pomniejszych, eterycznych mas jadące leniwie samochody, na oślep szukające jej granic. Nawet deszcz gubi się w tej mgle i zmienia trasę. Sączy się w górę zdezorientowany, powodując spustoszenie wśród kruchych chmur. Kiedy chmura się rozpada, tworzy się kożuch na mleku i dzieci płaczą. Niestety niewielu zczilowanych tym kawałkiem to obchodzi.

GAIJIN. Najbardziej tajemniczy (a nawet odrobinę dziwny!) kawałek na krążku. Rozpływające tło, które kojarzy mi się z porośniętą mega gęstymi chaszczami dżunglą, którą na wskroś przeszywają dźwięki fortepianu. Dziwne, co? Ale niezależnie od tego, jak dziwnie mi się kojarzy, brzmi pięknie. Rozsypanych kilka strunowych szarpnięć i opuszkami palców smerany bęben, zawstydzony kilkoma dmuchnięciami flet, tworzą naprawdę barwną kompozycję.

FEAR OF FALLING. Oczywiście czuję się jak Ikar z kapiącym skrzydłem, ale banalne skojarzenia zostawię sobie na potem, a teraz zastanowię się, dlaczego ten kawałek jest taki wyjątkowy. Prawdopodobnie dlatego, że jest przestrzenny i sprawia, że latam wysoko, co zdecydowanie potęguje strach przed upadkiem. Możliwe, że to przez linie wysokiego napięcia, o które prawie się ocieram szalejącym na wietrze włosiem. Najpewniej przez prostą, a łapiącą za serce kompozycję, która budząc niepokój, daje poczucie bezpieczeństwa.

WHERE EDGES MEET prowadzi na koniec świata, gdzie sarna z okiem kryształowym wyjada ci zupę z talerza, a bóbr sypie jednym z tysiąca beat’ów plując nektarem pomarańczowym. Krajobraz barwny, ale pojawia się myśl: i to już koniec? Że niby świata dalej już nie ma, a jak chcę mieć, to muszę się wrócić? A to przecież smutny wniosek. I melancholią kraniec świata owiewa.

EMPTY SPACES. Zaczyna prostować kołtuny mniej więcej w połowie drugiej minuty, kiedy bijące łamiącym beat’em serce dochodzi do głosu. Kilka szorstkich dźwięków się posypie ku mojej uciesze, coś świderkiem trąci, gdzieś bębenkiem powieje. Nie budzi setki skojarzeń, nie powoduje chaosu wśród pędzących myśli. Po prostu luzuje każdy neuron, żyłę a nawet aortę.

ELEVEN. Na każdym krążku musi być kawałek, który lubię mniej. To tak specjalnie jest robione, by słuchacz (zwany czasem melomanem, a nawet audiofilem!) miał porównanie, jak bardzo niedrażniące są inne kawałki. ELEVEN mnie męczy. Zwłaszcza na wejściu. Denerwuje rozbiciem, którego nie potrafię ogarnąć. Flecista może przystojny, ee… tzn. zdolny, ale gry jego nie docenię, bo nie przebija się przez gąszcz osaczających mnie nieprzyjemnie dźwięków. Pechowa jedenastka.

INVISIBLE PEOPLE. Ładnie płyną niewidzialni ludzie. Długie wejście bez beat’ów przygotowuje na tak zwane „wszystko, co dobre, szybko się kończy”. Kawałek zamykający album jak najbardziej pyszny, wyborny, delikates czilałtowy wręcz. Też zrób się niewidzialny, a przynajmniej poczuj się tak, zatapiając w tym kawałku.

Krążek został wydany 17 grudnia 2008 roku i myślę, że od tego czasu sporo czilałciarzy zostało nim absolutnie zainfekowanych. James Murray tworzy mądre kompozycje niosące sporą dawkę melancholii, zmusza do zadumy, nie przesadzając przy tym z morałami. Każdy ma „piosenkę” na doły. Zdecydowanie polecam posłać je wszystkie w kosmos i zastąpić Murray’owym albumem na smuty.
______________________________

8 / 10
Beata Brzoza