Sounds From The Ground – Kin

Sounds From The Ground - Kin
    WAVEFORM RECORDS
    Sounds From The Ground
    Kin
    1996

      1. Gather
      2. Drawn To The Woman
      3. Loaf
      4. Pearl
      5. Triangle
      6. Over There
      7. Where The Wild Things Were
      8. Seven Sisters

______________________________

Przyszedł wreszcie czas, że zabrałem się za recenzowanie legendy – myślę, że to chyba najbardziej odpowiednie słowo, które określa duet oficjalnie zawiązany w 1995 roku w Londynie. Brytyjczycy, Nick Woolfson i Elliot Jones, powołują formację o niebanalnie brzmiącej nazwie – Sounds From The Ground. Od samego początku przyświecała im idea tworzenia muzyki alternatywnej, innej niż wszystkie, prawdziwie podziemnej. Oczywiście nie byli w tym osamotnieni. Lata dziewięćdziesiąte zapisały w swoich kartach całą rzeszę podobnych śmiałków, którzy mieli pomysł na zwojowanie świata przy pomocy czegoś nowego. Zazwyczaj jednak na pomysłach się kończyło. Jednak wspomniany wcześniej duet wyspiarzy podołał wysokości zadania i patrząc teraz, z perspektywy czasu, uważa się ich za prawdziwych dinozaurów ambient’owego kunsztu. Nie ma się jednak czemu dziwić, w końcu ich praca zaowocowała wydaniem na świat kilku naprawdę udanych albumów, które nie tylko zdołały podbić muzyczne podziemie Londynu, ale przede wszystkim zbierały bardzo pozytywne opinie w oczach krytyków. Wszystko jednak zaczęło się od opisywanego przeze mnie dziecka pierworodnego – KIN.

Wydaje mi się, że opisy w stylu: „album wyprzedził czasy, w których został poczęty”, w przypadku tak uznanych artystów mijają się nieco z celem, więc po prostu podaruję je sobie i przejdę od razu do opisywania poszczególnych utworów. Debiutancki album zatytułowany KIN (z ang. rodowód/pokrewieństwo) zawiera ich aż (raczej chyba powinienem napisać tylko) osiem. Na pierwszy ogień dostajemy GATHER, który począwszy od swoich pierwszych dźwięków rozwiewa nasze wątpliwości, że może nie tego albumu powinniśmy słuchać tego wieczora. Prawdziwa psychodeliczna, oldschool’owa, muzyczna fuzja brzmieniowa. O takie więc hipogeum chodziło Brytyjczykom; dopiero teraz nazwa tego duetu zaczyna nabierać znaczenia. Skąd oni biorą te dźwięki? DRAWN TO THE WOMAN to kolejny szkic kreślony ołówkiem prowadzonym ręką mistrza. Teraz już wiem, co prawdopodobnie czuje rabin, który za pomocą hizopu oczyszcza zbłąkane duszyczki i stara się pokazać im tą właściwa drogę (i ten pojawiający się w tle szydzący śmiech). Mistrzowie budowania klimatu, bez dwóch zdań. LOAF. Słuchając tego numeru, marzy mi się pogodne niebo, na które mogę patrzeć bez końca. Zakodowany w mojej głowie nefoskop informuje mnie o przemijającym czasie, a zarazem chwilach, które w ulotny sposób znikają mi z nieboskłonu. Kolejny kawałek z kategorii „rozpuszczalnik”. PERŁA, no bo niby co innego? Tytuł adekwatny i kompatybilny z treścią. Przyjemny w odbiorze, z delikatną linią melodyczną, w drugiej części lekko dub’owy. Trudno doszukać się tutaj jakichś krytycznych uwag. TRIANGLE. Wielokąt o trzech bokach. Magiczna figura. Tutaj jest podobnie, eidofor rzucający na ekran fraktalne wizje, nachodzące na siebie, abstrakcyjne kształty, przeplatające się wraz z roślinnymi motywami amazońskiej dżungli, wszystko jednak opatrzone szyldem „calm down”. OVER THERE, to znaczy gdzie dokładnie? Psychedeliczny emisariusz, potrafiący wytropić najbardziej nawet skryte i wyszukane brzmienia. Mantryczne i hipnotycznie powtarzające się dźwięki potrafią nieźle namieszać w naszej świadomości, a stąd już bardzo malutki krok do przysłowiowej „chwileczki zapomnienia”. WHERE THE WILD THINGS WERE. Kolejna estyma, a zarazem i ukłon w stronę naszych wyspiarzy. Czy takie numery mogą się w ogóle kiedyś znudzić? Mi jakoś trudno to sobie wyobrazić. Czy będę monotematyczny, kiedy po raz kolejny zadam sobie to pytanie: „skąd oni biorą te dźwięki? Skąd?”. SEVEN SISTERS. Tytuł nawiązuje do siedmiu klifów rozciągniętych na południowym wybrzeżu Wielkiej Brytanii, a dokładniej między Brighton a Eastbourne, niesamowicie urokliwe, a zarazem bardzo mistyczne miejsce, w którym osobiście miałem okazję kilka razy być (gorąco wszystkim polecam). To właśnie tam zrodziła się inspiracja i pomysł na ten kawałek. W tle słychać szum wiatru i morskie fale rozbijające się o potężne Beachy Head. Masterpiece.

W podsumowaniu nie napiszę chyba nic zaskakującego. Otrzymując pierwszy album Sounds From The Ground – KIN, otrzymałem zarazem kawał solidnej i dopracowanej w każdym szczególe chillout’owej strawy. Myślę, że powinien być to smakowity kąsek nawet dla najbardziej wybrednych. Nie ma co owijać w bawełnę i na siłę doszukiwać się słabych punktów, bo jeśli w ogóle takowe są, to zapewne jest ich jak na lekarstwo. Na koniec jeszcze jedna rzecz, o której nie mogę nie wspomnieć. Ze względu na datę wydania albumu posiada on także „tą duszę”, której niestety tak często brakuje współczesnym produkcjom.
______________________________

9 / 10
Marion