Ozora 2012

Ozora 2012
Ozora 2012
Ozora 2012

Wydarzenie: Ozora Festival 2012
Miejsce: Ozora, Węgry
Data: 07-12.08.2012

Consuetudo (quasi) altera natura…
(przyzwyczajenie to jakby druga natura)

I właśnie chyba z przyzwyczajenia, a może trochę z wygody, postanowiłem znów odwiedzić Ośrodek Wypoczynkowy OZORA na Węgrzech. W zeszłym roku, mimo że była to naprawdę dobra edycja, byłem prawie przekonany, że w tym roku postawimy na coś nowego, jednak dosłownie na kilka dni przed festiwalem plany troszeczkę się pozmieniały i ostatecznie znów spakowaliśmy graty i wyruszyliśmy w stronę Ozora Dadpuszta. Wiedziałem, że Ozora po tylu edycjach nie jest mnie w stanie już raczej niczym zaskoczyć, jednak od kilku lat trzyma ten sam, równy, wysoki poziom, a jako, że jest stosunkowo blisko i relatywnie tanio, wybór okazał się prosty. Na miejsce dotarliśmy już w sobotę, zanim jeszcze otwarto bramy „do raju”. Od razu skierowano nas na parking, który tętnił już festiwalowym życiem – porozkładane namioty, dziesiątki kamperów – dzień powoli budził się do życia. Tam też spotkaliśmy Agę, Darxe i Kamila. Popijając sobie herbatkę w miłej atmosferze, wspominaliśmy poprzednie edycje i spekulowaliśmy, co przyniesie Ozora 2012. W porównaniu do roku poprzedniego (kiedy to samochody stały ustawione jeden za drugim w gigantycznym korku na ulicy) od razu zauważyć można było, że ludzi jest zdecydowanie mniej, jednak wiadomość, że sprzedaż biletów, a tym samym wjazd na teren imprezy opóźni się o dwie godziny, troszkę nas rozgrzał, a i tak już byliśmy nieźle rozgrzani wysoką temperaturą (o ósmej termometry pokazywały już 26 stopni). Przyznam, że atmosfera była dosyć nerwowa, po raz pierwszy widziałem, że na Ozorze musiała interweniować ochrona, ale trudno było utrzymać tłum (głównie właściciele sklepików i chaishopów, którzy zapewne chcieli zdobyć jak najlepsze miejsca dla siebie). Nieco komicznie to wyglądało z perspektywy gapia, który miał mnóstwo czasu. Wiadomo jednak, że dla niejednego handlarza Ozora to przede wszystkim interes, a w drugiej kolejności zabawa, więc zajęcie odpowiedniego, strategicznie miejsca jest bardzo ważne. Kilka minut po godzinie dwunastej wreszcie otwarto bramę wjazdową i tłum ruszył w stronę kas biletowych – coś niesamowitego, ludzie na rowerach, skuterach, motorach, deskorolkach, a także w biegu, starali się jak najszybciej dotrzeć pod ogromny namiot, w którym sprzedawano bilety i zakładano opaski. Tu dopiero rozpętało się piekło – cud, że nikomu nic się nie stało, bo wyglądało to bardzo poważnie. Płaczące dzieci, mdlejący od upału ludzie, krzyk, a nawet i szarpanie się o miejsce w kolejce podczas eventu, któremu przyświeca idea PLUR, jakoś mniej pozytywnie mnie nastroiła, niż miało to miejsce w latach poprzednich. Kiedy już napatrzyłem się na szaleństwo związane z kupnem biletów, zająłem miejsce w kolejce, aby po kilku godzinach wreszcie nabyć bilet. No to najgorsze już chyba za mną – pomyślałem – teraz już nic złego wydarzyć się nie może…

Ozora 2012
Ozora 2012
Ozora 2012

Rozbiliśmy się tam, gdzie zawsze. Obok nas sąsiedzi, których znaliśmy już z poprzednich edycji i tak z godziny na godzinę, z dnia na dzień pole campingowe rozrastało się w oka mgnieniu, nie była to jednak taka ekspansja, do jakiej zdołałem się przyzwyczaić w latach poprzednich. Dlaczego? Na pewno powodów jest kilka: Boom w Portugalii, wyższa cena biletu (niby to tylko 10 euro, ale zawsze to więcej niż rok temu), mniej kuszący line up (choć to akurat kwestia sporna) i w końcu zmiany związane z organizacją. Mniejsza ilość ludzi na festiwalu to dla mnie niewątpliwie zaleta – to, co działo się rok czy dwa lata wstecz, to była już lekka przesada, także myślę, że małe przeludnienie okazało się być korzystne. Jeśli chodzi o zmiany w infrastrukturze festiwalu, to również należą się gesty uznania w stronę organizatorów. Przede wszystkim, dołożono dwa nowe spoty z prysznicami, które dodatkowo wyposażone zostały w drewniane drzwiczki, a nie jak do tej pory szmaciane kotary mocowane na rzep. Na trawniku znajdującym się naprzeciwko sceny chillout powstał Fire Stage, gdzie mieliśmy okazję podziwiać ogniomistrzów, kuglarzy, żąglerów i innych sztukmistrzów. Tam też odbywały się warsztaty dla wszystkich chętnych, którzy chcieli nauczyć się tych sztuczek. Na uwagę zasługuje także galeria, która znalazła się przy Magic Garden, fantastyczny pomysł, który rewelacyjnie sprawdził się w ozoriańskich warunkach, szkoda jedynie, że do tej pory coś takiego nie miało miejsca. Świetne prace, doskonałe oświetlenie, dobra muzyka, jednym słowem wow, czapki z głów i pokłony w pas w geście uznania. Jednak największe wrażenie na starych, ozoriańskich wyjadaczach zrobił zapewne Dragon Nest, mimo że w momencie rozpoczęcia festiwalu trwały tam jeszcze ostatnie prace wykończeniowe, efekt był porażający. Wchodząc do głowy smoka, przechodziło się przez most nad drogą, w konsekwencji kończący się ogromną budowlą, w której wydzielona była duża scena i inne mniejsze zakamarki, gdzie można było się schować przed słońcem, albo po prostu posiedzieć. Ostatnim ważnym elementem, o którym warto wspomnieć, jest Heaven, czyli służący kiedyś za chillout, duży, cyrkowy namiot, który zaadaptowany został na miejsce ciszy, zadumy i kontemplacji. Tutaj spotkać można było medytujących joginów, napić się dobrej, gorącej herbaty, albo wywaru z ziół i po prostu odpocząć. W tle delikatna, chilloutowa (często orientalna) muzyka naprawdę dobrze mi robiła w tym miejscu.

Ozora 2012
Ozora 2012
Ozora 2012
Ozora 2012

MAIN STAGE

Od jakiegoś czasu już odpuszczam sobie punktualną obecność o godzinie 21.00 we wtorek przed mainem, nie wiem zatem, czy w tym roku wyglądało to tak, jak poprzednio, czyli na trzy, cztery tłum ludzi biegł, ile tylko sił w nogach w stronę gwiazdy, która miała rozpocząć festiwal. Spokojnie i bez nerwów kilka minut po 21 zjawiliśmy się na wprost maina i przyznam, że zdębiałem. Moje pierwsze wrażenie, gdzie jest scena? Muzykę słychać doskonale, jednak nie widać sceny, dopiero podchodząc bliżej, zobaczyłem, że coś musi być nie tak z oświetleniem, bo działało tylko kilka skromnych instalacji led i ogólnie, gdyby nie palące się, jak co roku ognisko, byłoby po prostu ciemno. Tu organizatorzy się nie popisali i w porównaniu do roku poprzedniego (kiedy to kwiat lotosu przyprawiał o brak oddechu w piersiach), dekoracje na mainie nie zrobiły na mnie wrażenia. Z czasem, jak mijały dni, coś tam niby więcej świeciło, ale w porównaniu z tym, co np. mieliśmy w chillu, to niestety biednie to wyglądało. Na rozpoczęcie zagrali Hilight Tribe i był to, jak dla mnie, jeden z najlepszych live actów na Ozorze 2012, po prostu uwielbiam ten projekt, więc lepszego początku nie mogłem sobie wyobrazić… Jako, że historia lubi się powtarzać, pozwólcie, że przytoczę świetny występ Shpongle, a zaraz po nim morderczy set Alphy, który miał miejsce kilka lat wstecz…, doskonale pamiętam, jak ludzie tłumami opuszczali wtedy main stage, tak i też w tym roku po rewelacyjnym występie Hilight Tribe, stery przejął niejaki Toxic. Poziom endorfin troszeczkę opadł, przynajmniej u mnie i oddaliłem się w poszukiwaniu alternatywy. A co jeszcze według mnie zasługuje na słowa uznania na mainie? Sonic Species – po prostu wow, ich album był dla mnie przełomowym wydarzeniem w 2012 roku, a ich live (mimo że niestety nie słyszałem całości) po prostu pozamiatał – chapeau bas Panowie. A jako, że jestem raczej zwolennikiem “dziennego” grania, to bardzo do gustu przypadły mi występy: Son Kite (mimo że minimalowego grania po tym festiwalu mam przesyt), Ace Ventura, Liquid Ace – to chyba było najlepsze pod względem muzycznym popołudnie na mainie. Jeśli o nocne granie chodzi, miałem okazję słyszeć kilka cięższych projektów, ale chyba jeszcze po prostu nie dorosłem do tej muzy, bo kiedy słyszałem, jak grali Trippy Hippies czy Psykovsky, to myślałem, że są jakieś kłopoty z nagłośnieniem, a kiedy jednak okazało się, że to ich największe szlagiery, szybko oddaliłem się w bezpieczniejsze miejsce. Nie rozumiem tej muzyki po prostu, mimo że naprawdę się starałem. Natomiast najlepszą noc na mainstage’u spędziliśmy z piątku na sobotę, kiedy grali EVP, Ajja, Beardy czy nad ranem Atriohm – takie granie to ja rozumiem, ale wiadomo, że “de gustibus non est disputandum”, więc nie ma co się rozwodzić nad tym, co się komu podoba, a co nie. Nagłośnienie jak co roku rewelacyjne, dużo dobrej muzyki, czyli tak jak być powinno.

Ozora 2012
Ozora 2012
Ozora 2012

CHILLOUT STAGE

Kiedy w zeszłym roku zobaczyłem, że stary, wysłużony namiot został zastąpiony nowym, drewnianym gmachem, nie do końca byłem do niego przekonany. Po pierwsze, dekoracje były bardzo ubogie, bo oprócz zwisających z sufitu kryształów i kilku ogromnych lampionów nic więcej tam nie było, dodatkowo twarde klepisko nie zachęcało szczególnie, aby wygodnie rozprostować kości. Kiedy w tym roku, po raz pierwszy zobaczyłem chillout, zamurowało mnie z wrażenia. Uwielbiam roślinne motywy wykorzystane jako dekoracje, a to właśnie gigantycznej wielkości kwiaty i pnącza wiły się po tuż pod stropem. Dodatkowo, wszędzie porozwieszane były powycinane siateczki o trójkątnych kształtach przypominające liście, które nieustannie falowały na wietrze, naprawdę trudno się było tym nie zachwycić. Nad konsoletą na różnej wysokości zamontowane były białe, okrągłe ekrany o różnej wielkości, na których wyświetlane były wizualizacje (nie zawsze wychodziło im to tak, jak powinno, bo często pojawiał się ogromny, niebieski ekran, ale co tam), które współgrały z ogromnym, “pikselowym” telebeamem. Mi się to połączenie bardzo podobało, a to, że twarde, gliniane klepisko zostało zastąpione miękką, chyba pluszową wykładziną, to już pełen profesjonalizm. I gdyby nie muzyka, chyba spędziłbym tam cały festiwal. No właśnie, paradoksalnie muzyka była dla mnie największym mankamentem w chillout’cie podczas tegorocznego festiwalu. Ja naprawdę lubię minimale, ale jest jakaś granica. Momentami miałem wrażenie, że pomyliłem festiwale, bo bez względu na porę, kiedy tylko przechodziłem w pobliżu chilloutu (a wierzcie mi, bywałem tam bardzo często), grali minimal, który zdrowo mi się przejadł. Najlepszy występ zaliczył wg mnie Kaya Project – piękne, orientalne granie, setki bujających się ludzi, niesamowity flow. Miałem okazję słyszeć Kaya Project na żywo już wiele razy, jednak nigdy jego live nie ujął mnie tak, jak podczas tegorocznej Ozory, to była właśnie jedna z tych chwil, które pozostaną w mojej pamięci na długo i dla których warto było tam pojechać. Solar Fields, Minilogue, Higher Intelligence Agency również nie dali plamy i zagrali zgodnie z oczekiwaniami. Sporo projektów niestety mi umknęło, gdyż nie grali zgodnie z czasotabliczką i tu na chwilkę się zatrzymam, bo był to bardzo irytujący (jak się okazuje nie tylko dla mnie) problem. Jak co roku, na wejściu każdy dostawał rozpiskę, czyli co, gdzie i o której, dodatkowo (kopiując chyba pomysł z Booma), każdego dnia wychodziła gazetka Ozorian Prophet, w której oprócz ciekawych artykułów dotyczących życia festiwalu, znajdował się zawsze na ostatniej stronie zaktualizowany timetable na obie sceny. Na niewiele jednak i to się zdało, bo wiele projektów nie zagrało w wyznaczonym czasie (i nie mam pewności czy zagrali w ogóle). Nie wiem, jak to dokładnie wyglądało na mainie (choć słyszałem też o jakichś opóźnieniach i zmianach), ale na chillu na pewno nie zagrały (o czasie) takie projekty, jak: Ishq, The Orb czy Saafi Brothers, a przyznam, że niewątpliwie byli to headlinerzy tego festiwalu. Moim zdaniem, w tym roku Dragon Nest czy Heaven bardziej spełniały rolę chillu, czyli miejsca gdzie można poleżeć, odpocząć i posłuchać delikatniejszych dźwięków.

Ozora 2012
Ozora 2012
Ozora 2012

NALOT

Nie mógłbym chyba nie wspomnieć o jednym z “najistotniejszych” wydarzeń podczas tegorocznej edycji, czyli nalocie policji. Jak wyglądało to z mojej strony? Pojedyncze jednostki policji pojawiły się na festiwalu już pierwszego dnia. Jednak w czwartek nastąpiła kumulacja. Siedząc sobie spokojnie na górce, zauważyłem, że na teren festiwalu zaczynają wjeżdżać busy policyjne wyładowane po brzegi. Było ich naprawdę sporo, a zakładając, że w każdym było przynajmniej po 10 policjantów, myślę, że suma, jaka już nie raz się pojawiła, czyli 500 sztuk, wydaje się być bardzo realna. Nie była to lokalna policja z miejscowości Simontornya, tylko specjalna grupa szturmowa z Budapesztu, a sądząc po ilości, myślę, że pewnie i z innych miast na Węgrzech. Wyposażeni w karabiny maszynowe i kominiarki raczej nie kojarzyli się z hipisowskim love and peace. Na mainie, kiedy wszyscy pogrążeni w hipnotycznym, słonecznym tańcu doskonale się bawili, nagle dźwięk umilkł i jakiś koleś przez mikrofon powiedział, że na terenie festiwalu jest policja i prosi, aby ludzie zachowywali się “spokojniej”. Nie minęło 5 minut, kiedy dziesiątki policjantów zaczęły zbiegać z góry, próbując otoczyć wszystkich bawiących się. Akurat w tym momencie Yoni Oshrat zapodał kawałek Darma & Ace Ventura – AcidCore (kto zna ten numer, na pewno wie, o co chodzi), widok był przekomiczny, choć pewnie niejednemu nie było wtedy do śmiechu. Wydaje mi się, że akcja, która miała mieć miejsce, trochę przerosła policję, może policjanci spodziewali się, że ludzie będą uciekać, a może jeszcze czegoś innego, a spotkali się z totalną obojętnością. Konsternacja. Oddział podzielił się na mniejsze, około dwudziestoosobowe grupy, które ustawione w dwuosobowe pary przechadzały się po mainie miedzy bawiącymi się ludźmi, często wywołując gromkie brawa transiarzy. Idąc po wodę, miałem okazję zobaczyć, jak policja zatrzymuje wybrane osoby, sprawdzając im kieszenie, torebki i paski, kilka osób wyrywkowo zostało zatrzymanych do obwąchania przez policyjne psy, sporo zostało zatrzymanych. Kiedy na mainie była przerwa, udaliśmy się na chill, gdzie w tym czasie grał Solar Fields, a potem Minilogue, oczywiście policja była i tam. Najgorszy widok jednak ukazał się moim oczom podczas powrotu do obozu, chyba około godziny 20. Wszystko przypominało trochę akcję z amerykańskich filmów, porozkręcane kampery, ludzie w kajdankach, płacz, policja z kamerami, fotografowanie dowodów rzeczowych (w jednym z obozów widziałem, że było ich ponad 600). Dramatyczny widok, który nijak wpisuje się w kanony hipisowskiego, beztroskiego festiwalu. W pewnym momencie podeszła do nas płacząca dziewczyna, która prosiła o telefon, bo jej znajomy został zatrzymany, a w jego kamperze znaleziono 90 tysięcy euro (!!!), za co podobno w Izraelu można już nieźle pożyć.
Myślę, że musiało się to tak skończyć, bo to, co działo się na Ozorze podczas ostatnich dwóch edycji, wołało o przysłowiową pomstę do nieba, takie rzeczy nie dzieją się na żadnym innym festiwalu w Europie (a wierzcie mi, że mam porównanie), a może i na świecie. Plotek było sporo, ktoś uważa, że to sprawka poprzedniej ekipy, ktoś inny, że jacyś dziennikarze wpadli na teren festu, porobili zdjęcia, czego konsekwencje wszyscy już znamy… Nie ma to chyba jednak większego znaczenia.
Większym problemem był drugi nalot, tzw. “financial authorities”, czyli odpowiednika naszej skarbówki, czego rezultatem było pozamykanie większości sklepików i chaishopów. Pamiętając z poprzednich edycji, że sklepy pootwierane były przez większość czasu, nie było dla mnie problemem pójść i kupić sobie chai, czy tybetański makaron. W tym roku trzeba było po prostu trafić w odpowiedni moment, a przyznam, że bywało to chwilami niełatwe. Pod strzechą, czyli w jedynym miejscu na festiwalu, gdzie sprzedawano alkohol, zimną colę itd. zaczęły tworzyć się gigantyczne kolejki, jako że brak było kas fiskalnych, do każdego sprzedanego piwa kasjer musiał ręcznie wystawić paragon. Potraficie to sobie wyobrazić? Podobna sytuacja miała miejsce w markecie, sklepie z warzywami i innymi “legalnymi” punktami sprzedaży.

Ozora 2012
Ozora 2012

Muszę jeszcze wspomnieć o cenach, które w tym roku poszybowały bardzo w górę. Pizza, która w zeszłym roku kosztowała 3 euro, w tym roku kosztowała już 5, to moim zdaniem lekka przesada. W zeszłym roku chętnie płaciłem 5 euro za pizzę u Elfi (na pewno kojarzycie sympatycznych Włochów, którzy robili pizzę w gigantycznym, glinianym piecu niedaleko chilloutu, w tym roku niestety ich nie było, okazało się, że właściciele narzucili im mega “czynsz”, bo wyjątkowo dobrze prosperowali w latach poprzednich), ale to była pizza, że palce lizać, tegoroczna zostawiała wiele do życzenia. Makaron u Tybetańczyków, jamajskie gumbo, falafel i quesadillas – wszystko średnio o 2 euro w górę, no ja pierdzielę, jakaś hiperinflacja ich dotknęła, czy co? Dobrze, że tak często sami sobie gotujemy na festynach…
Przeszkadzały mi również śmieci, z którymi organizatorzy najwyraźniej sobie nie radzili. Byłem w lekkim szoku, bo na Ozorze ten problem akurat nigdy nie występował, a tu proszę. Zwykle po terenie festiwalu przechadzały się grupki lokalnych gospodyń, które zbierały śmieci, w tym roku miało to miejsce zdecydowanie rzadziej, a pod koniec, to już chyba w ogóle. Droga od pryszniców do punktu medycznego chyba w ogóle nie była sprzątana, a przy toitoi’ach to już prawie jak na wysypisku. Szkoda, bo jak napisałem wcześniej ten problem na Ozorze nie istniał nigdy, a troszkę burzył idylliczną kompozycję tego miejsca.

Podsumowując…

Ozora to takie specyficzne miejsce, w którym największy nawet malkontent powinien znaleźć coś dla siebie. Ja znalazłem takich rzeczy w tym roku bardzo wiele, mimo że pod względem muzycznym była to (dla mnie) najsłabsza edycja (choć, jak wspomniałem wcześniej, bywały piękne momenty). Jeśli ktoś był po raz pierwszy, to na pewno mógł się zachłysnąć, ja jednak patrzę na tą edycję poprzez pryzmat tych, na których miałem już okazję być i niestety uważam, że w 2012 roku było naprawdę sporo niedociągnięć i zaniedbań, ale przeżyłem też mega cudowne chwile, które przysłaniają wszystkie minusy. Pojawiły się plotki, że być może była to ostatnia edycja, ale szczerze, nie wydaje mi się, zbyt wiele kasy wpompowano w to miejsce i zbyt wiele kasy przynosi ono organizatorom. Nie przesadzę chyba jeśli napiszę, że Ozora to swoistego rodzaju Mekka dla każdego transiarza, który choć raz w swoim życiu powinien tam zawitać i zobaczyć jak to wygląda myślę jednak, że festiwal pójdzie w nieco innym kierunku niż psytrance i jak do tej pory miało to miejsce. Już w tym roku dało się to odczuć, a w kolejnych latach będzie jeszcze bardziej odczuwalne, dlatego też w przyszłym roku Ozorę sobie już chyba odpuszczę, choć chciałbym tam jeszcze kiedyś wrócić.
Namaste!

marion

Ozora 2012

Photography:
http://www.facebook.com/adamobie
http://www.facebook.com/bvoglar
http://www.facebook.com/roys.art.photography
http://www.facebook.com/laurent.dalverny
http://www.facebook.com/inoise
http://www.facebook.com/lexie.plexie.1
http://www.facebook.com/pages/Mawins-Lichtbildhandwerk/387390684608895
http://www.facebook.com/nikolett.csatari
http://www.facebook.com/fran.amsterdam
http://www.facebook.com/gyozo.adam
http://manu-wi.jimdo.com/
http://www.facebook.com/sisi.shanti
http://www.facebook.com/PatchouliWorld
http://www.facebook.com/pages/Kimme-Photography/316458591738358
http://www.facebook.com/laszlo.barzo
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.276213349147530.47790.198512196917646&type=1